Amitai Etzioni jest amerykańskim socjologiem uważanym za głównego ideologa komunitaryzmu. W niedawnym świątecznym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Etzioni, zapytany o ocenę trzech lat pierwszej kadencji Baracka Obamy, odpowiedział krótko: „Serce mi krwawi!”
Niejedno lewicowe serce krwawi z powodu ideowej kapitulacji – bo tak należy podsumować kończącą się za rok czterolatkę Obamy – pierwszego niebiałego prezydenta Ameryki. Ten „były kumpel lewackiego terrorysty Billa Ayersa”, laureat przyznanej na kredyt pokojowej nagrody Nobla przez trzy lata nie zrobił nic, by wcielić w życie zapowiadaną „zmianę”. Nie zawrócił Ameryki z imperialnej drogi.
Skapitulować przed Imperium to żaden wstyd. Ale młodzieńczy idealizm Obamy został upokorzony po wielokroć. Bo czymże jak nie upokorzeniem jest fakt, że państwo mordujące afgańskie kobiety i dzieci za pomocą dronów ma twarz niedawnej nadziei światowej lewicy? W tę twarz pluje boss gangsterskiego państewka, wypierając się oczywistego miana okupanta i zbierając za to dziewiętnastokrotną owację amerykańskich kongresmanów. Obecnie Obama firmuje grubymi nićmi szytą prowokację przeciwko Iranowi prowadzoną w interesie tych samych mocodawców, którzy jak pacynką kierowali jego poprzednikiem.
Obama przegrał z gigantyczną machiną, opisywaną już przez Dwighta Eisenhowera. Przegrał ostatecznie i bezdyskusyjnie, ale może jeszcze zachować resztkę honoru.
Może zrezygnować z ubiegania się o reelekcję. Najlepiej, gdyby przy okazji powiedział kilka słów prawdy o rzeczywistych władcach Imperium – ale tego wymagać od niego nie można, bo konsekwencją prawdy byłby zamach ze strony przypadkowego białego rasisty.
Rezygnacja z udziału w teatrze reklamowanym jako święto demokracji sama w sobie byłaby jednak czytelnym manifestem. „Zmierzyłem się z gigantycznym lobby, przegrałem z kretesem, odchodzę”.
Skoro amerykańska demokracja nie ma widoków na starcie – powiedzmy – Ralpha Nadera z Ronem Paulem, niech o stanowisko najbardziej wpływowej marionetki świata zawalczy Mitt Romney z Hillary Clinton.
Być może czasem trzeba dostrzec siłę we własnej słabości.


